Prestiż magazyn Metropolii

Potrzeba do tego dużo samozaparcia i dużo pieniędzy

Dom jest zupełnie inną przestrzenią. W domu to ja dyryguję. W sumie mamy więc trzech dyrygentów, tylko wymieniamy się rolami.

Gridlove

Krystyna Krzyżanowska-Łoboda: W 1995 roku doszło do rozłamu w Chórze Politechniki Śląskiej i zespół podzielił się na tych, którzy zostali w chórze i tych, którzy rozpoczęli próby z AZM.
Marek Łoboda : Koleżanka poprosiła mnie, żebym poszedł z nią na próbę Chóru Politechniki. Próby kończyły się późno a ona nie chciała wracać sama.
Łukasz Łoboda: Muzykiem zacząłem być w dniu swoich urodzin. A może nawet wcześniej, bo przecież będąc w brzuchu też słyszy się muzykę, mówi rodzina Łobodów, członkowie Akademickiego Zespołu Muzycznego

Długo już tak państwo ze sobą wytrzymujecie?

Tata Marek: We troje dwadzieścia trzy…

Mama Krystyna: A we dwoje trzydzieści trzy lata

Jak to się zaczęło?

Marek: Moje początki śpiewania to szkoła podstawowa nr 23 w Gliwicach. Śpiewałem w zespole, który nazywał się „Wesoła Trzynastka” prowadzonym przez Jerzego Gepperta, w składzie, oprócz mnie, były same dziewczyny (12+1). Od szóstej do ósmej klasy, a później na długo straciłem zainteresowanie śpiewem. Do czasu, w styczniu 1984 roku, koleżanka poprosiła mnie, żebym poszedł z nią na próbę chóru Akademickiego Chóru Politechniki Śląskiej. Próby kończyły się późno a ona nie chciała wracać sama. Okazało się, że potrzebne są tenory, a latem planują wyjazd do Szwajcarii i to mnie zmotywowało. Do przygotowania było ok. pięćdziesiąt utworów, ja sam nauczyłem się połowy… ale na ten wyjazd nie pojechałem. Po kilku latach jeden z moich serdeczniejszych kolegów tenorów w chórze – Boguś Haydzicki – przyznał, że to między innymi jego opinia zaważyła na tej decyzji. Ciężko mu z tym i musi mi to powiedzieć … „Stary, ja Cię przepraszam, bo ja Cię źle odebrałem. Powiedziałem, że coś mi się w tym nowym facecie nie podoba” – przyznał po kilku latach. „Ale tak bardzo się pomyliłem w stosunku do Ciebie, że jest mi głupio z tego powodu” – dodał.

Krystyna: A ja do tego zespołu trafiłam wcześniej, z przyjaciółką – Basią Starkiewicz teraz Mrozowską. Jej syn zresztą, jeszcze dwa lata temu, był prezesem Akademickiego Zespołu Muzycznego (w zespołach widać wyraźnie taką wymianę pokoleń). Dostałam się właśnie na studia w Akademii Muzycznej w Katowicach (Wychowanie Muzyczne), a moją fascynację dyrygowaniem zaczęłam już w Państwowej Szkole Muzycznej II stopnia kiedy zobaczyłam, jak się dyryguje. – Zamarzyłam wtedy, żeby kiedyś zostać właśnie dyrygentem. Wtedy też, w 1979 roku po raz pierwszy stanęłam przed pulpitem.

Syn Łukasz: Ja do pierwszej klasy szkoły muzycznej dostałem się w 2001 roku. Równolegle rozpocząłem naukę w szkole podstawowej nr 23, tej samej, do której uczęszczał mój Tato.

Marek: Łukasz przesiąknął muzyka od małego. Gdy się urodził ja śpiewałem w Akademickim Chórze Politechniki Śląskiej, żona była jego dyrygentem i razem jeździliśmy na obozy. Pamiętam, że ćwiczyliśmy utwór, który nazywał się Laetatus Sum (kompozycja G. G. Gorczyckiego), a półtoraroczny Łukasz siedział mi na kolanach i rysował. Kiedy chór skończył śpiewać syn oderwał wzrok od kartki i powiedział głośno „No! Leć tatuś! Śpiewać dalej!” . Pamiętam też taką sytuację, kiedy miał cztery lata…

Łukasz: ..no i zaczyna się…

Marek: …więc kiedy miał cztery lata, był na wakacjach z babcią, jeździł na rowerze po podwórku i śpiewał wielkopostny utwór Crucifixion, a właściwie partie basu (nuci) „Not a word, not a word” , a mijająca go kobieta rzuciła „Czy to dziecko nie zna jakichś normalnych piosenek dla dzieci?!”. Zaraziliśmy go pasją do muzyki klasycznej. Jeżdżąc samochodem bawiliśmy się tak, że śpiewaliśmy różne utwory m. in „Gaude Mater Polonia” na różne głosy, więc znał nie tylko utwory, ale i poszczególne partie.

Czyli rodzice nie dali Ci wyboru?

Łukasz: Tak. Muzykiem zacząłem być 18 stycznia 1994 roku, czyli w dniu swoich urodzin. A może nawet wcześniej, bo przecież będąc w brzuchu też słyszy się muzykę.

Krystyna: Akurat w roku, w którym byłam w ciąży z Łukaszem, dużo wyjeżdżałam na koncerty i z Filharmonią i z Akademickim Chórem Politechniki Śląskiej …

Łukasz: Od lat moi przyjaciele mówią mi, że to się nie mogło skończyć inaczej, że musiałem pójść w ślady rodziców.

A kiedy zacząłeś przygodę z Akademickim Zespołem Muzycznym?

Łukasz: W 2006 roku. Wtedy po raz pierwszy wykonałem „Cichą noc”, właściwie dlatego, że dzięki szkole muzycznej pierwszego stopnia udało mi się przełamać nieśmiałość.

A Jacek Gałuszka, kompozytor i aranżer który opracował cykl polskich kolęd dla AZMu , zapisał partie solową w tym utworze myśląc o mnie jako wykonawcy („Solo Łukasz”). To był koncert kolędowy w nowej auli Politechniki Śląskiej, przy ul. Konarskiego.

Krystyna: To był ostatni taki opłatek kolędowy na Politechnice, obecnie już się takie nie odbywają.

Pamiętam, że ówczesny JM Rektor pan profesor Wojciech Zieliński, podszedł do mnie po tym koncercie i pogratulował mi syna.

Łukasz: Od 2009 roku jestem w składzie AZMu, zaprosiłem do niego również uczniów z mojego liceum i ludzi „z innej bajki”. A bycie w zespole wciąga. Mam kolegę, który długo nie chciał dać się namówić, a później w zespole spotkał swoją przyszłą żonę. Zresztą nie on pierwszy i nie ostatni.

Marek: Mamy nawet taką rodzinną imprezę: Dzień AZM-owego Dziecka w Istebnej – w skrócie DAD. W tym roku będę ją prowadził po raz jedenasty. Przyjeżdżają nasi byli i obecni chórzyści z dziećmi…to warunek J – w sumie jest nas tam kilkadziesiąt osób, a w ramach AZMu urodziła się już ponad setka dzieci!

A jak to się stało, że AZM powstał?

Krystyna: To dosyć złożona historia. W 1995 roku doszło do rozłamu w Chórze Politechniki i zespół podzielił się na tych, którzy zostali w chórze i tych, którzy rozpoczęli próby z AZM. To, że na jednej uczelni mogą istnieć dwa takie składy, zawdzięczamy przychylności ówczesnego JM Rektora Pol. Śl. profesora Wilibalda Winklera i poparciu profesora Bolesława Pochopienia, który został kolejnym Rektorem naszej uczelni.

Czym AZM i Akademicki Chór Politechniki Śląskiej różnią się od siebie?

Krystyna: Przede wszystkim programem. W Akademickim Zespole Muzycznym staramy się mieć bardzo szeroki repertuar, zawsze dążyłam do tego, żeby był tu walor kształcenia muzycznego. Śpiewamy gregoriankę (od tego zaczęłam pracę nad polifonią). Śpiewamy polifonię renesansową, barokową, a także muzykę współczesną. Od wielu lat śpiewamy również opracowania utworów rozrywkowych a także spirituals czy gospel w tym utwory takich zespołów jak np. The Beatles, U2, aranżacje jazzowe, muzykę filmową.

Łukasz: To bardzo szerokie spektrum: od średniowiecza, przez utwory sakralne, gospel po rozrywkowe i współczesne.

To, co robicie w chórze AZM to dla waszej trójki praca czy pasja?

Marek: Według mnie pasja, bo robimy to co lubimy. Czerpiemy z tego przyjemność.

Krystyna: Łukasz dopiero wdraża się w ten rytm, bo wcześniej miał szkołę średnią, później dwa lata studiował poza domem i dopiero od dwóch lat jest bliżej – studiuje dyrygenturę chóralną w Katowicach.

Czyli zostałeś spadkobiercą mamy?

Łukasz: Tak wyszło. Mama jest na wszystkich moich egzaminach, ale na szczęście mnie nie ocenia, bo pewnie wypadłbym dużo gorzej.

A skąd zapał do dyrygowania? Czy to wynika z charakteru, czy chęci dominacji?

Łukasz: Niekoniecznie. To zależy od człowieka. W moim przypadku to jest chęć przekazania jakiejś myśli. Chęć zrobienia czegoś, co wydaje mi się nie tyle lepsze, co ciekawe. Jeżeli jest chór, który ma wizjonera na przodzie, przed pulpitem, to można zajść bardzo daleko. My z AZM-em, mimo, że tworzymy chór amatorów, przywozimy trofea z licznych konkursów, olimpiad chóralnych. Z drugiej strony na mojej uczelni (Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach) mamy chór, który pracuje nad bardzo trudnym repertuarem. Ja chciałbym to kiedyś wypośrodkować, stworzyć zespół złożony z ludzi z pasją i ludzi z wykształceniem i razem zrobić coś ciekawego.

Krystyna: Potrzeba do tego dużo samozaparcia i dużo pieniędzy. Ale są na świecie takie zespoły i mnie też się taki zawodowy zespół marzy.

Panie Marku, Pan jest tenorem. Jak Pan wytrzymuje z dwoma dyrygentami w domu?

Marek: Dom jest zupełnie inna przestrzenią. W domu to ja dyryguję. W sumie mamy więc trzech dyrygentów, tylko wymieniamy się rolami.

A w zespole jest Pan gospodarzem. Na czym polega ta rola?

Marek: Dbam o stroje, nuty, teczki, pulpity – to wszystko, co trzeba przygotować na koncert, żeby nikomu niczego nie zabrakło. Czasem trudno to pogodzić z rolą członka zespołu.

Marzenia Łukasza już znamy. A co się marzy Pani?

Krystyna: Chciałabym osiągnąć z którymś z moich zespołów (a mam ich kilka) w pełni zawodowy poziom. Chodzi o to, żeby to satysfakcjonowało nie tylko publiczność (bo powiem nieskromnie, że najczęściej satysfakcjonuje), ale również mnie, w stu procentach. Chciałabym, żeby to byli w pełni zawodowi muzycy, a jednocześnie ludzie z pasją. Do tego potrzeba środków i chęci po stronie mocodawców, a tego w naszym kraju niestety jeszcze brakuje.

Jesteście laureatami wielu nagród. Która z nich przyniosła największą satysfakcję?

Krystyna: Najwięcej emocji kosztowało mnie pierwsze zdobyte Grand Prix na 18 Międzynarodowym Festiwalu Chórów Akademickich w Czeskich Pardubicach w 2004 roku. Startowały chóry akademickich z całego świata. To była bardzo niespodziewana nagroda. Ale jest to nagroda, po którą chcemy sięgnąć w kolejnej edycji Olimpiady Chóralnej.

A o czym marzy gospodarz AZM?

Marek: O tym, żeby realizując te wszystkie rzeczy, o których marzymy właściwie wspólnie, czyli muzykując, żebyśmy trafiali na fajne, owocne kontakty, byli zdrowi. Nie mam marzeń, dotyczących kolejnych osiągnięć, bo zaśpiewaliśmy już wiele dużych form. Spełniło się nawet takie moje marzenie – zaśpiewaliśmy jako chór moje ukochane „Stabat Mater” G. Rossiniego, więc z tych muzycznych rzeczy osiągnąłem prawie wszystko.

Czego słuchacie w domu?

Łukasz: W sobotnie przedpołudnia można u nas usłyszeć Stinga, ponieważ Tato jest miłośnikiem tego wykonawcy. Często leci też Richard Bona i utwory uchodzące za muzykę tła. Wszystko zależy od dnia, od pory.

Krystyna: I „Carminę Buranę” też żeśmy „męczyli”.

Marek: Albo „Requiem” Mozarta. Przy Mozarcie najlepiej usypiało się Łukasza. Puszczaliśmy mu też do snu Nat King Cole’a Duety .

Łukasz: Jest tylko jeden warunek: muzyka nie może być za głośna, bo mama wtedy cierpi i każe ją wyłączyć. Kiedyś śmialiśmy się z tego z tatą. Ja chyba do tego dorosłem, bo teraz też doceniam ciszę w życiu.

rozmawiał: Jarosław Sołtysek
zdjęcia: Krzysztof Krzemiński

Jarosław Sołtysek

Wydawca i rzemieślnik multimedialny. Wieloletnia praca w branży reklamowej pozwoliła mi zdobyć doświadczenie i wiedzę. W dalszym ciągu jednak najważniejszy i wciąż nieodgadniony jest nasz Czytelnik.

Skomentuj

PROMOCJA

Promocja

Instagram

Invalid username or token.