Prestiż magazyn Metropolii

Grzeszna, rytualna, zmysłowa i niezastąpiona

Prócz krążenia poprawia też nastrój, dodaje wigoru i działa jak afrodyzjak. Zwłaszcza ta z dodatkiem ostrego chili.

Gridlove
filiżanka czekolady

Czy można sobie wyobrazić zimę bez śniegu? Owszem. Ale bez gorącej czekolady już nie bardzo… W ponure dni rozgrzewa nasze ciała i zmysły, pozwalając spokojnie przetrwać mroźną i kapryśną aurę. Może być z bitą śmietaną, cynamonem, piankami albo syropem marcepanowym. Gorąca czekolada. Czy ktoś jeszcze pamięta, że gdy ją wymyślono była… zimna?!

Tam, gdzie pije się czekoladę

Czekolada w postaci gotowych do schrupania tabliczek to właściwie nowość. Przez całe stulecia, ba, tysiąclecia raczono się nią w postaci płynnej. I to niekoniecznie takiej, jaką znamy obecnie. Dziś przyrządzamy ją z gotowego kakao oraz rozpuszczonej ulubionej tabliczki. Jak radzili sobie wielbiciele tego smakołyku, gdy mieli do dyspozycji jedynie twarde i gorzkie ziarno kakaowe? Każdy, kto choć raz eksperymentował z samodzielnym domowym kruszeniem ziarna kakaowego wie, że to nie jest prosta sprawa. A nawet po zmieleniu na jak najdrobniejszy maczek nie rozpuszcza się przecież w wodzie lub mleku.

Czekolada z procentami

Starożytni mieszkańcy dżungli mezoamerykańskiej – Olmekowie, Aztekowie i Majowie – odkrywcy i pierwsi koneserzy czekolady – zanim wymyślili, co można zrobić z samym ziarnem kakao, zainteresowali się jego otoczką – słodką pulpą, zjadaną chętnie przez zwierzęta. W ciepłych i wilgotnych warunki ta pulpa fermentowała. Innymi słowy, była świetnym materiałem na napój alkoholowy. Wino kakaowe było zatem pierwszym produktem jaki wytwarzał człowiek z ziaren tego szlachetnego drzewa. Do dziś współcześni mieszkańcy Meksyku przy okazji ważnych świąt lub rodzinnych uroczystości raczą się takim trunkiem.

nasiona kakao

Zimna czekolada

Jeśli pulpę można było wykorzystać, to dlaczego by i nie ukryte w niej ziarno? Przy użyciu żaren, walców i tłuczków, rozprawiano się z tym twardym złotem dżungli. W ten sam sposób traktowano prażone na słońcu ziarna kukurydzy. Zmieszane z tłuczonym kakaowcem i zalane wodą, nadawały gęstości. Napój urozmaicały dodatki takie jak: sproszkowane chili, kora cynamonowa, ziele angielskie i płatki różnych kwiatów. Czasem dziki miód. Skąd to wszystko wiemy? Archeolodzy wciąż odkrywają zachowane z tamtych czasów naczynia, na których osadzone są drobiny składników napoju. Generalnie napój był jednak gorzki. I zimny. Nic dziwnego, służył mieszkańcom niezwykle gorących terenów. Jeśli nie miał rozgrzewać, to jakie miał zastosowanie?

“Zimną czekoladę” pili tylko dostojnicy, religijna elita oraz wojownicy. Była napojem rytualnym. Uznawano, że ma zgoła cudowne działanie – dodaje energii, zarówno tej seksualnej jak i siły do walki.

Markiza de Sevigne twierdziła, że picie czekolady w czasie ciąży
miało spowodować wydanie na świat “czarnego jak diabeł” dziecka

Recepta na czekoladę

Dość podobne znaczenie miała w Europie, do której dotarła w XVI wieku. Pierwsza wzmianka pojawia się w relacjach z wizyty szlachetnie urodzonych Majów, którzy przybyli na dwór Filipa II. To właśnie tam, w Hiszpanii, powstała nowa, zeuropeizowana receptura na (już!) gorącą czekoladę. Zasadniczo należało by powiedzieć “recepta”, bo napój traktowany był jak lekarstwo. Zimny miał mieć działanie szkodliwe dla organizmu. Ten ciepły wręcz przeciwnie – uważano, że działa dobroczynnie przede wszystkim na układ nerwowy, oddechowy i rozrodczy. Z czasem zaczęto też doceniać jego walory smakowe. Jeśli przyjrzeć się liście składników, z którego był przyrządzany, nie dziwi taki obrót spraw. Cukier, wanilia, cynamon, niekiedy piżmo lub czerwona glinka. Eksperymentowano też z dodatkami takich rarytasów jak anyżek, migdały lub orzechy laskowe. Wszystkie składniki ucierano, tak by tworzyły gotowe bloki, które następnie mieszano z gorącą wodą. Choć należałoby powiedzieć raczej “ubijano”. Służyło do tego specjalne naczynie – dzbanek z otworem na molinillo – drewniany przyrząd do spieniania czekolady.

Brudny rytuał

Pitna czekolada szybko zyskała popularność w całej Hiszpanii – podawano ją podczas królewskich biesiad, walk byków, a nawet egzekucji. Szczególnie zasmakowała też damom dworu. Był tylko jeden problem – plamy po smakołyku trudno było wywabić, a ten co rusz wylewał się z czarek. Wynaleziona została więc specjalna zastawa – mancerina (od nazwiska wynalazcy porcelanowej zastawy do picia czekolady – markiza de Mancera). Na środku spodeczka wbudowany był szeroki porcelanowy pierścień, w którym bezpiecznie spoczywała czarka wypełniona czekoladą. Ten rytuał zagościł też na dworach francuskich czy brytyjskich. Do dziś możemy podziwiać na obrazach znanych malarzy, jak ważnym momentem było picie czekolady.

Natalia Aurora Ignacek, blogerka

Grzeszna czekolada

Czekolada miała jeszcze jedno, nieco gorzkie zastosowanie… Otóż, dzięki swemu głębokiemu i intensywnemu smakowi, świetnie nadawała się do ukrycia w niej trucizny. Ale to nie te bezeceńskie praktyki miały wzbudzić moralną burzę wokół czekolady. Wywołał je spór o to, czy czekolada to pokarm stały czy pitny. Co prawda, był pity, ale sycił na długo. Zwłaszcza jeśli zawierał mąkę kukurydzianą, bułkę tartą lub jaja. Tematem zajęli się prości zakonnicy, biskupi, a nawet sam papież. W końcu trzeba było zdecydować, czy czekolada dopuszczalna jest w czasie postu. Dodatkowego smaczku sprawie dodawał fakt, iż zaczęto widzieć w niej doskonały afrodyzjak, który zamiast wyciszać zmysły, pobudzał je. Ostatecznie papież Grzegorz XIII (ten sam, który wprowadził kalendarz gregoriański) ogłosił, że picie gorącej czekolady postu nie łamie. Zdaje się, że również sam zwierzchnik Kościoła miał do niej słabość…

Gorąca nowinka!

Hiszpanie posiadali monopol na czekoladę przez wiele długich lat. Stała się jednak tak gorącym tematem, że nie sposób było ją dłużej utrzymać w granicach jednego kraju. Najpierw powędrowała do Włoch (XVII w.). Mniej więcej w tym samym czasie dotarła też do Francji, ponoć na osobistą prośbę Anny Austriaczki. Nie od razu zdobyła obce podniebienia. Krążyły o niej różne mity i przekonania. Markiza de Sevigne w jednym liście zalecała ją swej córce na poprawę humoru, by w kolejnym przestrzegać, jakoby picie jej w czasie ciąży miało spowodować wydanie na świat “czarnego jak diabeł” dziecka. Z czasem jednak zaczęła być nieodłącznym elementem dworu Króla Słońce. To właśnie Francuzi udoskonalili hiszpańską zastawę do ubijania czekolady (np. w słynnej manufakturze Vincennes-Sevre), którą tu wykonywano nawet z srebra lub złota! Dzięki nim smak płynnego złota Meksyku w drugiej połowie XVII wieku poznali też Anglicy. Wkrótce potem w całej Europie rozkwitła moda na otwieranie “chocolate-house”, czyli lokali oferujących gorącą czekoladę. Jeden z nich, White (założony w 1693 roku), do dziś istnieje! Co ciekawe, czekolada w tamtym czasie była znacznie tańsza, niż herbata. I to właśnie przy niej prowadzono polityczne dyskusje oraz filozoficzne debaty.

Rewolucyjny “dutching”

Jednak na horyzoncie pojawiał się kres świetlanej epoki tego gorącego napoju w dotychczasowej postaci. Oto bowiem czekolada miała przybrać nową formę, która na zawsze zrewolucjonizowała świat tego smakołyku. Wszystko za sprawą eksperymentów holenderskiego chemika Conrada van Houtena, który chciał uzyskać odtłuszczoną wersję miazgi kakaowej. Efektem miała być lepsza rozpuszczalność proszku w wodzie. Udało mu się to, między innymi poprzez dodawanie soli alkalicznych (węglan potasu lub sodu). Alkalizacja spowodowała też pogłębienie brązowego koloru proszku i złagodzenie gorzkiego posmaku. Nade wszystko, zapoczątkowała produkcję kakao na masową skalę. Wynalazek van Houtena zbiegł się też z innym odkryciem – mleka w proszku. Dzięki temu powstała nowa wersja gorącej czekolady – suchy proszek kakaowy mieszano w szklance z cukrem i mlekiem, dopiero potem zalewano gorącą wodą.

suszarka ziaren kakao

Niestety to, co miało posłużyć jako dobro, stało się też przekleństwem dla prawdziwej czekolady. Naczelna zasada kuchni XX wieku – “szybko i łatwo” – spowodowała, że na bazie tamtych wynalazków zaczęto produkować tanie podróbki gorącej czekolady. Gotowe mieszanki dostępne w każdym sklepie zawierają czasem nawet do 80% innych składników, a tylko niewielki procent kakao dobrej jakości. Prawdziwi koneserzy tego napoju z zawsze upewnią się, co jest napisane na etykiecie. Albo przyrządzą gorącą czekoladą w domowych warunkach. Taki sposób nie tylko zagwarantuje, że napijemy się prawdziwej czekolady, ale też uczyni z jej picia pewien rytuał. Czyż może być lepszy sposób na odpędzenie jesienno-zimowej chandry?

Gorąca czekolada, czyli… gorąca czekolada

Jeśli to, co ląduje w naszym kubeczku nazywamy gorącą czekoladą, powinno nią być od początku do końca, czyli roztopioną tabliczką wymieszaną z mlekiem lub śmietanką. Będąc w różnych zakątkach Polski i globu spotykałam się dość często z niecnymi praktykami podawania pod nazwą „gorąca czekolada” czegoś, co obok tego napisu nigdy nie powinno nawet leżeć. Na szczęście w moim rodzinnym mieście, Gliwicach, jest Czekoladziarnia z prawdziwego zdarzenia, w której można nie tylko kupić obłędne tabliczki czekolady od rzemieślniczych producentów, ale też napić się z eleganckiej filiżanki gęstego, aromatycznego napoju, który powstaje nie z byle jakiej czekolady, ale właśnie tej najlepszej!

Natalia Aurora Ignacek
www.blogczekolady.pl

Redakcja

Poruszamy tematy biznesowe, społeczne i kulturalne. Skupiamy się na sukcesach, pasjach, inicjatywach charytatywnych, akcentujemy pozytywną stronę życia.

Skomentuj

PROMOCJA

Promocja

Instagram

Invalid username or token.