Prestiż / magazyn Metropolii

„Ja pierdzielę, znowu ta Bułka”

Zawsze powtarzam, że w teatrze trzeba mieć miękkie serce i twardą dupę. To jest bardzo trudna szkoła życia.

Bardzo ucieszyłam się na ten wywiad. Grażynę Bułkę widziałam na scenie Teatru Korez w spektaklu „Mianujom mie Hanka” i głęboko zapadła mi w serce, zarówno tą rolą, jak i cudownym, ciepłym i pełnym humoru usposobieniem, z jakiego dała się poznać podczas popremierowego rautu. Ta rozmowa tylko ugruntowała to pierwsze wrażenie. Przeplatana śląską godką, swobodnym śmiechem i szczerymi ocenami, mogłaby nie kończyć się wcale…

fot. Wojciech Plewiński / Teatr Śląski

Adriana Urgacz-Kuźniak: Nie pogniewa się Pani, jak nazwę ją Naczelną Ślązaczką naszych scen? 

Grażyna Bułka: Absolutnie od tego wizerunku nie uciekam. Wręcz przeciwnie – uważam, że to jest moja siła. 

Jak narodziła się Pani miłość do teatru? Szczególnie tego w śląskim wydaniu?

Byłam w liceum, gdy poszłam z moją polonistką, nieżyjącą już Urszulą Gniełką do Teatru Śląskiego na premierę „Zapachu dojrzałej pigwy” w reżyserii Kazimierza Kutza. Poza tytułem, pamiętam z tej sztuki jedynie to, że grała w niej Iwona Świętochowska, czyli żona Kutza, i że mówiono w tym spektaklu gwarą śląską. Myślałam wtedy: „Boże, jak ja bardzo chciałabym być aktorką i zagrać po śląsku”. Dziś przypominając sobie o tym, mówię: „ludzie, ludzie, zastanówcie się o co prosicie Pana Boga, bo może się to spełnić”. Tak się stało w moim przypadku, bo zagrałam we wszystkich najważniejszych sztukach o Śląsku, po śląsku. 

A jednak wcześniej chciała się Pani odciąć od tej śląskości. Dlaczego?

Jestem stąd, a pracowałam również poza Śląskiem – bo przecież Bielsko-Biała, choć leży w tym samym województwie, śląskie nie jest – i ciągle słyszałam, że połykam samogłoski i że zaciągam. Reżyserzy, którzy przyjeżdżali gdzieś z Polski, odcisnęli na tej mojej grze bardzo silne piętno. Miałam taki moment, w którym wydawało mi się, że muszę zrobić wszystko, żeby się odciąć od gwary. Chciałam udowodnić, że potrafię też grać inaczej, nie po śląsku. Wybawieniem dla mnie był casting do „Cholonka”, od premiery którego w tym miesiącu mija dokładnie 15 lat. Oczywiście, nigdy nie odcięłam się od Śląska. W Świętochłowicach mieszka moja mama, w Bytomiu mieszka mój brat, moje bratanice i chrześnice. 

fot. Joanna Kurdziel-Morytko / fotocudnie_wordpress_com / Teatr Korez

Trzeba jednak pamiętać, że do liceum i do podstawówki chodziłam w czasach, w których tępiono język śląski. Przyjeżdżali wtedy nauczyciele z tzw. nadania, zesłani na Śląsk i oni bardzo nas nie lubili. Byliśmy wręcz tępieni za gwarę. Wyrobili w nas poczucie, że mówienie gwarą to obciach. Być może dlatego właśnie przez kolejne 20 lat próbowałam wymazać z mojego życia zawodowego tę śląskość. I chyba wtedy Pan Bóg pokierował mnie na właściwą drogę. Pojechałam na casting do „Cholonka”, a tam dostałam rolę Świątkowej. To była chyba najlepsza rzecz, jaka mi się w życiu zdarzyła! Zrozumiałam wtedy, że ta śląskość to jest moja największa siła i że nikt nie ma prawa wmawiać mi, że jest inaczej. Bo to dla mnie coś bardzo ważnego i osobistego. 

Do takich wniosków doszła Pani dopiero 15 lat temu?

Może dobrze, że dopiero wtedy! Ja pierdzielę, nie wiem, jak wyglądałaby moja droga zawodowa, gdybym do takich wniosków doszła 37 lat temu, zaczynając pracę aktora. Już teraz Izabela Malik, moja przyjaciółka z Teatru Rozrywki i sceniczna córcia z Cholonka śmieje się, że jestem śląską Meryl Streep, zwłaszcza, gdy słyszy o kolejnych nominacjach do Złotych Masek. Mówi: „jerunie, ty jesteś jak ta Meryl Streep, ona wciąż jest do wszystkiego nominowana” (śmiech). Na szczęście nikt mnie nie posądzi o narcyzm albo kabotynizm. Nie, to nie ja. Ale gdybym przez 37 lat była tą twarzą śląską, to chyba trzeba by było koło Korfantego postawić już taki malutki pomniczek Grażyny Bułki (śmiech). Zatem chyba dobrze, że tę śląskość celebruję dopiero od 15 lat. Dostałam ją jako dar i wcale mi to nie przeszkadza, że się mnie nią stygmatyzuje…

A jednak „stygmatyzuje”?

To są bardzo dobre stygmaty (śmiech). One nie są bolesne. Są moje osobiste. Nie można uciekać od czegoś, z czego się wykiełkowało. 

Więcej wywiadu: https://issuu.com/prestizmetropolia/docs/druk_prestiz_magazyn_03_2019_issu/82

Adriana Urgacz-Kuźniak

Dziennikarka od lat wielu, czująca szczególną bliskość z tematami kulturalnymi, społecznymi i miastotwórczymi. Jej mottem życiowym są słowa mistrza Sapkowskiego, zgodnie z którymi lepiej zaliczać się do niektórych, niż do wszystkich. Gdy pracuje, nuci pod nosem Teksańskiego zespołu Hey, twierdząc, że to utwór o niej, choć muchy by nie skrzywdziła. Nie, aniołem nie jest, ale złe moce interesują ją tylko w horrorach Stephena Kinga.

PROMOCJA

Gridlove

Promocja