Prestiż magazyn Metropolii

Malarzem się jest do końca

I to los wybiera sobie malarza, a nie malarz wybiera sobie los. Ja pomimo różnych zdarzeń nie potrafiłem od tego się odciąć, mówi artysta malarz Mirosław Goliszewski

Gridlove

To los wybiera sobie malarza, a nie malarz wybiera sobie los, mówi artysta malarz Mirosław Goliszewski

Ile trzeba mieć, żeby zostać właścicielem pańskiego obrazu?

(śmiech) Obraz jest tyle wart, ile klient chce za niego zapłacić.

Ukończył pan Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie.

Tak, to było w 1985 roku, a potem jeszcze był rok studiów podyplomowych, bym mógł jako student zdobyć paszport – no i wyjechałem wtedy pierwszy raz na Zachód, na dwa miesiące do Francji, z czego miesiąc spędziłem w Paryżu. Luwr, inne muzea, Notre Dame. Mogłem na żywo oglądać te obrazy, które wcześniej znałem tylko z reprodukcji.

I co to panu, jako artyście, dało?

No, ja wreszcie mogłem zobaczyć, jak to wygląda naprawdę. Na reprodukcji nie widać, jak obraz jest malowany, nie widać też tego czegoś, co istnieje między obrazem, a widzem, bo tego się nie da zobaczyć.

A co to znaczy „między obrazem, a widzem” ? Pan patrzył na tych, którzy oglądali?

Ja sam, gdy oglądam obraz, to jestem widzem. Człowiek nie jest w stanie sobie wyobrazić mocy oddziaływania chociażby Mony Lisy, jeśli jej nie widzi na żywo. Na reprodukcji to jest tylko portret. Nie jest się w stanie zrozumieć ani odczuć obrazów Van Gogha, jeśli się ich nie widzi w oryginale.
Ostatnio oglądałem ten film zrobiony w konwencji malarstwa Van Gogha.

Vincent

Tak, Vincent – pomysł ciekawy, wcześniej Majewski zrobił taki film na bazie Brueghla. Wydaje mi się zresztą, że u Majewskiego wyszło to lepiej. A Van Gogha, jeśli nie widzimy na żywo, to nie jesteśmy w stanie zrozumieć jego ekspresji. Bo faktura, grubość nałożenia farby, siła koloru – to jest do przeczytania tylko na żywo.

A więc wrócił pan z Francji po tych dwóch miesiącach.

Wróciłem i nie miałem ani pracowni, ani mieszkania. Jeszcze jakiś czas zatrzymałem się w Krakowie, a potem zdecydowałem się na pracownię tutaj.

Maluje pan, żyje pan z malarstwa…

Nie, ja nie żyję z tego. Wcześniej wyjeżdżałem do Niemiec, rysowałem różne rzeczy na zamówienie, jakieś portrety, a od siedemnastu lat pracuję w szkole. Ja jestem w takim momencie, że mam pewną sumę doświadczeń, czuję swoją dojrzałość. Ale dobrze byłoby teraz sprzedawać, bo wtedy się lepiej maluje, to jest oczywiste. Jednak nie maluje się tylko po to, żeby zarabiać, bo to jest pułapka.

A można, patrząc na obraz, powiedzieć: o, to Goliszewski?

Moje obrazy są rozpoznawalne. Temat, technika, zestaw kolorów. Wszystko jest traktowane raczej symbolicznie. Jak się obejrzy moje obrazy, to to widać.

Nurtuje mnie pytanie: ale właściwie po co? Po co malarz maluje? W pana przypadku, jest pan zabezpieczony w jakiś sposób organizacyjnie i lekko finansowo przez to, że pracuje pan w szkole. Ma pan komfort malowania?

Szkoła jest taką minimalną polisą, zwłaszcza jak się ma rodzinę. Dobrą stroną szkoły jest to, że ja uczę. Mam też zajęcia dodatkowe, na które przychodzą dzieci, które chłoną wiedzę.

Faktycznie są zainteresowane, mimo, że otacza nas cywilizacja, która zewsząd dostarcza obrazków, one rzeczywiście chcą to jeszcze pogłębić?

Prawdą jest, że mamy całą tę technikę cyfrową, zalew ilustracji jest iście oceaniczny, ale prawdą jest też, że ciągle się rodzimy i mamy zapisany w sobie ten gen kulturowy i dzieci przechodzą kolejne etapy twórczości plastycznej we wszystkich kręgach cywilizacyjnych takie same. Jest kontur, jest plama, jest perspektywa szeregowa czy topograficzna i wreszcie zatrzymują się, jak to opisuje psychologia rozwojowa dziecka, na wyrażaniu symbolicznym, na takiej syntetycznej, ogólnej próbie opisu świata i tam się dzieci łamią. Dlatego przygotowałem, zgodne z moim doświadczeniem i przemyśleniami, ćwiczenia plastyczne. To dzieci wyzwala. Na przykład, gdy wychodzą z tego rysunku schematycznego i chcą do realizmu, to ja uczę je rysować za pomocą siatki. I nagle one są zachwycone, że potrafią narysować psa albo kota tak, jak on wygląda.

W jakim wieku są to dzieci?

W gimnazjum mieliśmy dzieci do 16 lat, a według nowej podstawy programowej tylko do siódmej klasy. W ósmej, niestety, nie ma już zajęć ze sztuki. To wielka szkoda, bo jako społeczeństwo jesteśmy słabo przygotowani do odbioru sztuki, to widać w muzeach, na wystawach. Przechodzimy bez refleksji, bez zatrzymania, brak nam narzędzi do kontemplacji, do rozważania.

Nie umiemy odczytać.

Nie umiemy, więc lecimy, ślizgamy się po tym.

A jak powinno się czytać pana obrazy? Są takie oniryczno-symboliczne. Tu mam przed sobą małpkę z piłką, trochę antycznej rzeźby, dzieci są…

…to moi synowie…

i dalej widzę kruka, rozumiem, że to jest pełen symboli obraz i trzeba być do tego przygotowanym, żeby odczytać.

Tak, oczywiście.

To proszę, żeby mi pan opowiedział, co to znaczy.

Tego nie chcę opowiadać, bo to się czyta oczami, to się czyta duszą, jak zaczniemy tak szczegółowo opowiadać, to tak jak z poezją – poezji nie da się do końca opowiedzieć.

Kiedyś odbiorcy dokładnie wiedzieli, co poszczególne elementy obrazu symbolizują.

Jakiś czas temu czytałem, że we Francji wprowadza się dodatkowe zajęcia, takie świeckie lekcje religii, żeby dzieci mogły czytać sztukę. Na przykład zwiastowanie, biblijne rzeźby – one zupełnie nie wiedzą who is who. Ale nasze dzieci pomału też już tego nie wiedzą.

Czyli, żeby pana obraz zinterpretować, człowiek też musi być przygotowany.

Trochę przygotowany, ale moje symbole nie mają tak określonych znaczeń, jak to było dawniej, bo tamta symbolika była dosyć jednoznaczna, wszyscy obracali się wokół jednego zespołu wartości. My teraz jesteśmy dużo bardziej poszatkowani. Ta wielokulturowość nie jest na zasadzie tylko narodowościowej, ale ona się dzieje w obrębie jednej miejscowości, klasy. Zależy od tego, z kim się spotykam, co oglądam, co czytam.

A kim chciałby pan być za jakiś czas, gdzie chciałby pan się widzieć za parę ładnych lat?

Kwatera, numer… (śmiech)

Ale jeśli chodzi o malarstwo, bo chyba malarzem jest się do końca.

Malarzem się jest do końca i to los wybiera sobie malarza, a nie malarz wybiera sobie los. Ja pomimo różnych zdarzeń nie potrafiłem od tego się odciąć. A wręcz przeciwnie, im jestem starszy to postanowienie bycia malarzem jest silniejsze.

Więcej: https://issuu.com/prestizgliwice/docs/magazyn_prestiz_listopad_2017/58


Mirosław Goliszewski (urodzony w 1961 roku w Strzelcach Opolskich) artysta malarz, absolwent krakowskiej ASP na Wydziale Malarstwa. Uprawia malarstwo sztalugowe, rysunek oraz rzeźbę i ilustrację. Wielokrotny uczestnik plenerów w kraju i za granicą. Ma za sobą wiele wystaw zarówno zbiorowych jak i indywidualnych. Jest również nauczycielem plastyki w szkole w Pyskowicach. Od 2010 roku pełni funkcję wiceprezesa Związku Polskich Artystów Plastyków Oddziału Gliwice. W roku 2011 otrzymał Odznakę Honorową „Zasłużony Dla Kultury Polskiej”, przyznaną przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdana Zdrojewskiego z okazji 100-lecia ZPAP. W 2012 roku został nagrodzony przez Prezydenta Gliwic na Piątym Międzynarodowym Plenerze Gliwickim.

Jarosław Sołtysek

Wydawca i rzemieślnik multimedialny. Wieloletnia praca w branży reklamowej pozwoliła mi zdobyć doświadczenie i wiedzę. W dalszym ciągu jednak najważniejszy i wciąż nieodgadniony jest nasz Czytelnik.

PROMOCJA

Promocja